sobota, 22 września 2018

Jesteśmy rakiem Ziemi

(Jak się dorobimy to zrobimy nową biosferę)

Rak to choroba organizmu spowodowana wymknięciem się spod kontroli jednej jedynej komórki, która zaczyna mnożyć się w nieskończoność doprowadzając nieuchronnie do śmierci swojego żywiciela. Jest to jedyny znany w naturze proces nieograniczonego wzrostu.
Działalność Człowieka to drugi (nienaturalny jednak) proces charakteryzujący się nieograniczonym wzrostem. Mało tego: ten nieograniczony wzrost wyhaftowaliśmy złotem na sztandarach cywilizacji.
Dotąd żaden gatunek na Ziemi nie mógł pochwalić się nieograniczonym wzrostem. Prędzej, czy później napotykał bariery w postaci ograniczeń fizycznych, wyczerpania nisz ekologicznych, epidemii spowodowanych nadmiernym zagęszczeniem osobników wreszcie nawet katastrof naturalnych. Dzięki tym barierom żaden gatunek nie był w stanie rozregulować całej biosfery doprowadzając do jej katastrofalnej deregulacji. Jak dotąd nie udowodniono, że którekolwiek z wielkich wymierań w historii Ziemi spowodował któryś z gatunków na niej żyjących.
Gatunek ludzki dzięki inteligencji nabył możliwość nieograniczonego wzrostu ilościowego:
  • Możemy zawłaszczyć dowolną niszę ekologiczną.
  • Rozrost ilościowy i odporność na epidemie zapewniają nam medycyna i organizacja społeczna.
Inteligencja wynalazła też dziedziny całkowicie oderwane od procesów naturalnych jak bogacenie się, czyli ekonomię (Tworzy metody gromadzenia dóbr abstrakcyjnych dzięki eksploatacji biosfery.). Niestety, te dobra abstrakcyjne posłużyły głównie tym osobnikom, którzy mają ich najwięcej głównie do kontroli tych wszystkich, którzy mają ich mniej.
Początkowo technologie miały nikły udział w tym procesie. Dziś są jego głównym motorem. Bogatym decydentom jest zupełnie obojętne, czy technologia niszczy biosferę, czy ją wspomaga dopóki przynosi stale rosnący zysk. Niebogaci w swej masie dążą do tego, aby być bogatszymi i z tego powodu nic nich nie obchodzi stan biosfery ( Jak się dorobimy to zrobimy nową – parafrazując pewnego młodego biznesmena).
Porównanie z rakiem nasuwa się samo tyle, że rak biosfery – gatunek ludzki – zostanie przez nią zabity, bo ona ma znacznie więcej narzędzi niż my i miliardy lat doświadczenia.
Przekroczenie w krótkim czasie wąskiego zakresu temperatur w jakim możemy na dłuższą metę żyć musi nas zabić jako gatunek, co do sztuki. Teraz dowiadujemy się, że po przekroczeniu górnej granicy zabije nas termodynamika, prosta fizyczna zależność, której uczymy się już w szkole podstawowej (jednak kiedy zobaczymy szansę na bogactwo zapominamy o fizyce).
Jednak na nic dolary i bitcoiny. Na nic negocjacje. Z fizyką kontraktu podpisać nie można.
Deregulację biosfery (oczywiście z naszego, partykularnego punktu widzenia), że już się (z winy inteligencji) nie wywiniemy. Gatunek ludzki składa się z tylu indywidualnych jednostek o tak zróżnicowanym poziomie, potrzebach i poglądach, że żaden konsensus w pozostałym do katastrofy czasie nie zostanie osiągnięty. Zejdziemy spektakularnie i nieodwołalnie. Może nawet z hukiem (atomowym).

czwartek, 6 września 2018

Samorząd, czyli kto naprawdę rządzi się sam.

Kamienna pustynia rynku zbudowana wbrew protestom mieszkańców. W tle facet kosą spalinową wycina mizerne kępki trawy.

Obecni samorządowcy to "samorządowcy" i nie ufają mieszkańcom, bo mieszkańcy nie ufają im. Po pierwsze: samorząd to mieszkańcy, a nie radni i np.: prezydent miasta. Ci przedstawiciele mieli reprezentować samorząd i działać dla dobra mieszkańców. W wielu wypadkach działają głównie dla własnego dobra. Obstawiają się różnymi układami, nie tolerują krytyki swoich poczynań. Prezydent miasta b.szybko potrafi przejąć kontrolę nad radą miasta działając poprzez przewodniczącego rady, który staje się jakby wiceprezydentem d/s rady. Prezydent ma wszak dużo do zaoferowania: pracę dla różnych krewnych-i-znajomych-królika. Niejeden urząd miasta, szczególnie mniejszego, to "firma rodzinna".

Rzadko poddaje się poważne, kosztowne przedsięwzięcia pod prawdziwą dyskusję publiczną. Dyskusja jest tylko "pro forma", aby odfajkować, że się odbyła. Wydaje się dziesiątki milionów zł z kieszeni mieszkańców bez jakichkolwiek konsultacji, a ten, kto domaga się takowych zostaje okrzyknięty "pieniaczem".  Sesje rady miejskiej zwykle odbywają się w godzinach pracy, więc mieszkańcy w większości nie mają nawet szansy zjawić się na nich. Radni swoje godziny przyjęć mają również w takich godzinach. To są wszystko pozory demokracji. Ćwiczymy już demokrację pozorną. I ktoś się dziwi, że frekwencja wyborcza jest niska. Chyba kpi albo jest głupcem.

Sposobów zignorowania woli mieszkańców jest wiele. W niewiele, bo 20 lat, doszło do tego, że mieszkańcy nie czują, aby mieli wpływ na cokolwiek.